Wyprawa do Maroka

Dzień 1.

Nasza wyprawa po dzikie runo przerodzila sie niebawem w droge przez mękę. Predko stało się oczywiste, że Plaza de la Catedral, plac przed najbardziej okazała budowlą w mieście byłby znacznie przyjemniejszą lokalizacją na nocleg niż tutejsza plaza. Z każdym mijanym przez nas ziarenkiem piasku, stojące w równym rzędzie hotele stawały sie bardziej i bardziej monumentalne a Atlantyk mniejszy i mniejszy. Szybko wyparowało wspomnienie urzekajacego starego kadyksu, a my coraz bardziej wczuwalismy sie w role cyganow snujacych sie po centrum miami w poszukiwaniu jakiegos,wymarzonego schronienia. Przewodnikowe “szalenstwo zabawy” dopireo teraz dotarło do nas w calej swojej krasie i nieokiełznanej wręcz rytmice dyskotek i klubów nocnych jakich w globalnej wiosce niezliczone rzesze. Plaża szerokości sporej piaskownicy biegnąca wzdłuż jezdni nie wyglądała ani imponujaco ani przytulnie ani nijak. Po prawej stronie mijalismy tablice informacyjne o kolejnych kosmicznych raczej oznaczeniach, modulo uno, modulo dos itd. Przy okazji mijania modulo cinco zaczelismy na poważnie zastanawiać się nad zemdleniem z nudów i zmęczenia, ale ponieważ na horyzoncie zaczęła powoli majaczyć bliżej nieokreslona i nieokiełznana przez miasto ciemność zwiastująca coś przytulnego i intymnego wiec odroczyliśmy nasze plany zejściowe i daliśmy się ponieść wieczornej bryzie troszkę wpoprzek. Miejsce noclegowe nie okazało się ani ładniejsze ani przytulniejsze od calej reszty, ale przynajmniej bylo dużo ciemniejsze. Poza tym byla to już ta część nocy,kiedy senność miała absolutną przewage nad innymi aspektami bytu i musiała zwyciężyć. Nie zwyciężyła jednak na długo. Po niespełna godzinnym śnie hiszpania zafundowała nam nocny prysznic. Ale nie był to zwykły prysznic. Runęła na nas ściana wody topiąc nasze śpiwory i plecaki.

Dzień 2. Falstart

Nasza przygoda z Marokiem rozpoczęła sie poniekąd już w Algeciras, sporego portu nad cieśniną Giblartarską do którego dotarliśmy po kilkugodzinnej wyprawie autobusowej przez brunatno-czerwone wzniesienia gor sierra nevada. Dzikie widoki za oknem mącił mi jednak obraz, który wyśmienicie znam z Irlandii, a który w skrócie mogę określic jako private. A polega ten fenomen na szczelnym ogrodzeniu całego terytorium tak aby nikt nie mogl sie za bardzo wyszaleć. Ten obrazł wsciekle mi się gryzie z obrazem Hiszpanii, jaki istniał w mojej głowie. Lądu dzikich koni, przystani dla nieposkromionych Cyganów, tancerzy Flamenco, wiatru we włosach...a ja z szyby autobusu widziałem jedynie drut, zasieki, płoty i tablice z ostrzeżeniami. Póżny wieczór w Algeciras oznaczał,że musimy sie spieszyć. Jedyny kurs promowy, jaki mogłby nas uchronić przed noclegiem w hiszpanii był o 22ej. Po uprzejmym zapytaniu o cenę biletu, zostaliśmy poinformowani przez pana w okienku, że wystąpiły niewielkie problemy techniczne, które mogą stanowić dla nas przeszkodę w wejściu na pokład. Mianowicie zepsuły się drzwi... Po krótkim zawahaniu czy smiać się czy kontynuować pogawędkę postanowiliśmy zagęscić atmosferę i wymusić na panu wtargnięcie na pokład, a między wierszami nawet abordaż. Okazalo sie to jednak zbędne w konfrontacji z życzliwa postawą urzędnika, który zasugerował byśmy udali się w kierunku odprawy samochodowej i tam spytali sie nastę pnego pana czy nas przepuści. Po zawiłych wskazówkach w basic English, który skutkował raczej chaotyczną i zygzakowatą przeprawę przez obszar portowy, udało nam się wreszcie namierzyć rzeczoną budkę i schowanego w niej pana nr2. Tenże uprzejmie oświadczył,że nie widzi żadnych przeciwwskazań, ale pan policjant stojący 20 metrów dalej przy szlabanie może się okazać bardziej dalekowzroczny więc wypadałoby jeszcze jego zapytac o zgodę. Krótka rozmowa z panem policjantem przebiegła w podobnym duchu choć byla już zupelnie na migi. Z każdym kolejnym krokiem tego Kafkowskiego teatru czulismy się bliżej Afryki , choc właśnie wtedy musieliśmy zrobić te kilkadziesiąt kroków wstecz do pana nr 1 tylko po to, aby ten pokazał nam zegarek, rozlożył ręce... i noc spędziliśmy w Hiszpanii.

Dzień 3. Wstęp do Maroka czyli herbata z miętą

Tanger, jak wyjaśnia Lonely Planet jest jednym z najgorszych wizytówek swojego kraju. Rzeczywiście pierwszy rzut nie syci oka zanadto. Gruzowiska w centrum miasta, coś pomiędzy plażą, boiskiem a ugorem wyłaniajace się znikad przypomina raczej okupowany Bejrut. Nasze przygody z natrętami ulicznymi, przed którymi nardzo energicznie przestrzegają przewodniki ograniczyły się właściwie tylko do jednego epizodu na miejskiej plazy. Pan Marokańczyk, który pojawił się jak dżin z butelki wyrzuconej przez fale, z zaciekłością godną Gargamela zamierzał nam wcisnąć pseudoskórzane portfele w kolorze zakrzepłej krwi i psich odchodów. Pomni ostrzeżeń, dziękowaliśmy panu sprzedawcy ok 40 razy a pan sprzedawca 40 razy ponawiał swoją jakze atrakcyjną ofertę. W takich sytuacjach pozostaje jedno – ucieczka. Jednak Tanger, przy blizszym zetknięciu, okazuje się być wcale interesującym wstępem do magicznego Maroka. Rozpostarta na wzgórzach Medyna ze swoimi małymi uliczkami wspinającymi sie stromo pod górę a pózniej opadajacymi spadziście w dół wydała nam się wyjątkowo atrakcyjna i poprzez transowe zawodzenie mudzahedina wyjatkowo intensywnie zadziałała na nasze zmysły. Do tego fascynujące stare mury, zaciszne odlegle stare zakątki, romantyczne schodki, wyrainowane zdobienia na drzwiach wejsciowych do domostw a wszystko zatopione w niezmiennie, wszechobecnej bieli. Jednak to co najmilej wspominam, to smak pierwszej marokańskiej herbaty z mietą, siarczyście posłodzonej. Do końca pobytu w Maroku nawet nie próbowałem walczyć z ta pokusą. Dworzec kolejowy w Tangerze robi podobne wrazenie jak ten lwowski. Wypieszczona perełka pośród chaotycznej i zaniedbanej całości. Do tego szokujaco czysta perełka, utrzymana w konwencji nowoczesno-arabskiej. Na ustawionych ekranach wewnatrz hali dworcowej podziwiać mozna krótki spot reklamowy kolei marokańskiej z mknącą super nowoczesną sylwetką ekspresu na wzór francuskiego TGV. Przez chwile, doświadczając klasy dworca i obsługi uwierzylem w prawdziwośc owej reklamówki i drżąc z podniecenia czekałem aż zostaniemy wpuszczeni na peron. No cóż, rzeczywisty odpowiednik super pociągu bardziej przypominał pojazd PKP z lat 80ych. Był jednak na tyle wygodny, ze całą drogę do Marakeshu udalo nam sie przespać.

Dzień 4. Chrzest

Marakesh posłużył nam jako stacja przesiadkowa i miejsce pozyskania mapy Atlasu Wysokiego za słuszną cenę 140DH. W podróż do dworca autobusowego postanowiliśmy udać się taksówka i ta podróż miała okazać się dla nas prawdziwym sprawdzianem. Wsiadając do taksówki, usłyszeliśmy 20 DH, na co chetinie prztsalismy chcąc się tam dostać jaknajpredzej. W trakcie krótkiej podróży zstalismy uswiadomini ze to nie dworzec autobusowy jest miejscem, z którego możemy udać się w gory, ale nasze „grand taxi” odjeżdża skąd inad a cena przewozu jest tam 2 krotnie wyższa. Nie dość ze nie przyszło nam do głowy się targować to jeszcze byliśmy wdzięczni ze nasze informacje zostały skorygowane. Po czym zostaliśmy wywiezieni na parking odległy o 200 metrow od dworca… Ta podroż udowodniła nam jak bardzo jesteśmy bezbronni względem wyrafnowanego zwyczaju targowania się, będącego arabską specjalnością. Nauczylismu się przynajmniej potrzebnej dozy nieufności względem Narrokanczykoow i do kolejnej transakcji podeszliśmy już z wiekszym profesjonalizmem zbijając cene kilkakrotnie. Okazało się, że Ramadan jest fantastycznym argumentem dla Marokańczyków, żeby przekonywać, że cena powinna być wyższa. Idąc tym tropem, bezlitośnie wykorzystywałem fakt, że jesteśmy Polakami i że jest to wystarczający powód, dla którego wszystko powinno być wyjątkowo dla nas tanie. Sensu nie było w tym wiele, ważne, że był argument i że działał. Podróż krętymi serpentynami robiła spore wrażenie, choć najlepsze miało dopiero nastąpić. Po wyjściu z „grand taxi” spotkaliśmy się z nieuniknionym, czyli z dziesiątkami propozycji od przewodnikow, właścicieli mułów, gospodarzy schronisk itd. Wszystkie propozycje stanowczo odrzuciliśmy i pognaliśmy w góry jakbyśmy dostali biegunki. Nie bez powodu użyłem tego właśnie porównania, bo nie musieliśmy długo czekać, kiedy zacząłem podejrzanie dużo czasu spędzać w towarzystwie świeżo zapoznanych kamieni mimo braku pasji geologicznych. To nieunikniony chrzest, jaki każdy Europejczyk prędzej czy później doświadcza na marokańskiej ziemi. Resztę popołudnia spędziłem sam na sam z przyrodą, co wybitnie skróciło nasz eksploracyjny potencjał tego dnia.

Dzień 5. Pierwsze koty za płoty

Po skromnym śniadaniu składającym się z herbaty i leków przeciw biegunce chyżo ruszyliśmy w górę, żeby nadrobić stracony czas. Szybko dotarliśmy do pierwszej przełęczy, która jak żywo przypominała mi opowieści o szlaku coca-coli na Kilimandżaro. Przełęcz okraszona była skromnym domkiem z widoczną, sugestywną reklamą wspomnianego już napoju, przy którym sielankowo opalał się młody chłopak. Trudno było się oprzeć chłodnemu płynowi z arabskimi zawijasami na butelce. Przełęcz ukazywała całe piękno tych gór. Domy-lepianki w różowo-brązowej tonacji zatopione w soczystej zieleni krętych dolin falowały pośród różowych hałd Atlasu w upalnym słońcu. Wszystko emanowalo na i spokojem i egzotyką. Schodząc do doliny szeroką krętą drogą , po której mijały nas ciężarówki wyglądające trochę jak wozy strażackie z filmów Flipa i Flapa, obładowane na pakach dziesiątkami ludzi napotkaliśmy grupkę dzieci mającą za zadanie pilnowanie owiec. Dzieciaki czepiały wzrok na każdym niemal elemencie naszego uposażenia dając nam niedwuznacznie do zrozumienia, że bardzo chętnie otrzymałyby od nas cokolwiek. Obowiązującym językiem kontaktowym w Maroku jest francuski, co nie ułatwiało nam zadania integracji z miejscowymi. M chłopcy byli głodni kontaktu z nami, ale wyraźnie brakowało nam wspólnej płaszczyzny językowej i trudno było przełamać pierwsze lody choć nasi nowi przyjaciele nie sprawiali wrażenia nieśmiałych. W końcu siedząc okrakiem ulżyłem bezwstydnie swoim jelitom w sposób wyjątkowo akustyczny. Małe chłopaczki zataczały się od śmiechu przez następny kwadrans, a my zyskaliśmy przewodników, którzy zaprowadzili nas do wsi. W schronisku postanowiliśmy zaszaleć i spróbować marokańskiego specjału „ tadżinu” – gotowanych warzyw z kaszką kuskus i dodatkiem aromatycznych przypraw. W trakcie jedzenia smacznego posiłku zacząłem się czuć conajmniej nietypowo. Mój oddech się spłycił, nabrał cechy świstów i trzasków, a pokój zaczął podejrzanie kołysać się na boki. Do diaska, byliśmy na 2600m nad poziomem morza! Czyżby już tu dorwała mnie choroba wysokościowa? Dotychczas tego typu schorzenia kojarzyły mi się ze znacznie większymi wysokościami. Doznałem kompletnego rozbicia i wewnętrznej degrengolady a chwilę później poczułem złość, że dopadło to właśnie mnie. Przecież mieliśmy wejść na 4150, a ja okazałem się przedstawicielem ligi okręgowej. Pozostawał odpoczynek i nocleg w schronisku.

Dzień 6. Próba sił

Kluczenie krętymi dróżkami górskiej wsi ,w Maroku było jak podróż w czasie. Z daleka gliniane domki wyglądają jak miasto termitów, ale ppprzy bliższym zetknięciu ma się wrażenie, że jest się w starożytnej osadzie. Mieszkańcy wioski nie sprawiali wrażenia zakłopotania, widząc nas szwędających się po zakamarkach ich niemalże domostw. Czuliśmy się dziwnie swojsko i bezpiecznie. Dzieliły nas od miejscowych obyczaje, religia, język, sposób życia czyli niemalże wszystko co ludzkie, a jednak ten dystans w znaczeniu duchowym czy emocjonalnym okazał się być mało istotny. Przy pokonaniu labiryntu ścieżek pomoc miejscowych była konieczna. Jeden z przewodników okazał się być bardzo gorliwy w wykonywaniu usługi przewodnika, co powinno w nas wzbudzić czujność. Nie wzbudziło. Najwyraźniej wciąż byliśmy świeżarkami. Po wielu niezwykle cennych uwagach dotyczących większości ścieżek w promieniu paru kilometrów uznaliśmy za stosowne się pożegnać. Ku naszemu zaskoczeniu nasz przewodnik n zrozumiał owego aktu grzecznościowego i z naburmuszoną miną wiódł nas dalej. W celu pozbycia się natręta rozłożyliśmy się nad pierwszym napotkanym potokiem i ryzykując gniew Allacha nieśpiesznie zaczęliśmy gotować poranny posiłek. Nasz przyjaciel pogroził nam jedynie palcem i spokojnie zaczekał az zjemy. Niepomogło również leniwe piłowanie paznokci ani podziwianie krajobrazu. Pan „Przylepa”nie miał w planach powrotu do swoich obowiązków, wręcz przeciwnie, starał sie być pomocny nawet w niezmiernie zawiłej sztuce jaką jest sztuka trzymania pilnika. Wreszcie, tuż przed tym jak byłem bliski spiłowania sobie opuszków palców, zdecydowałem się na negocjacje. Oczywiście nie musieliśmy dlugo czekać, az usłyszeliśmy magiczne słowo „dirham” na co zaczeliśmy energicznie kręcic głowami. Ja wyciągnąłem pudełko po filmie pełne dziesięciocentówek i przekonując, że to wielce wartościowe monety próbowałem mu je wcisnąć w dłoń. On jednak wział je do ręki, powoli zważył na dłoni i ze spokojem oddał, mówiąc stanowczo „dirhams”. Zdawało się, że sytuacja była patowa. My nie zamierzalismy płacić mu za nic, a on nie zamierzał stracić okazji na zarobek. W końcu wstaliśmy i podązyliśmy w kierunku Azib Likemt. Droga łagodnymi zakolami wiła się nad soczyści zieloną doliną, pełną sadów, co tworzyło uroczy kontrast z piaszczystą fakturą wzgórzy. Szeroka, wydeptana przez muły droga rozgałęziła się niespodziewanie, a nasz przewodnik wybierając stromą odnogę w górę żlebu. Tym razem spróbowaliśmy go zupenie zignorować i poszliśmy prosto, nieśpiesznie, udając,że nie słyszymy jego nawolywań. Po cichu ierzyliśmy, ze ta strategia przyniesie jakieś korzyści, ale nasz Anioł stróż wpoczuciu zapewne swojego anielskiego obowiązku szybko do nas dołączył. Nauczony doświadczeniem w Tangerze i opisami realiów afrykańskkich z ksiażek Ryszarda Kapuścińskiego, spróbowałem niezawodnej metody rozbrajania przez uśmiech. Anioł Stróż mowił po swojemu a ja przytakiwałem z uśmiechem.